Przez ostatnie miesiące obserwowaliśmy, jak Google krok po kroku odcina dostęp do jednej z najbardziej podstawowych informacji w wynikach wyszukiwania — adresu strony, która się w nich znajduje. Dziś Google zrobił kolejny krok. Nie ukrywamy: to najpoważniejsza zmiana w dostępności danych SERP-owych, z jaką mieliśmy do czynienia od lat. Ale monitoring nie przestał działać i poniżej wyjaśniamy dokładnie, w jakim zakresie.

Co się wydarzyło?

Pierwsze sygnały pojawiły się 23 czerwca 2026 roku, gdy Alex Greenland zauważył, że linki w wynikach wyszukiwania są przepisywane do formatu google.com/goto?url=[zakodowany ciąg].



Na początku lipca Brodie Clark udokumentował to samo zachowanie zarówno w wynikach organicznych, jak i płatnych — z przekierowaniem 302 do właściwej strony(PPC Land).

26 sierpnia Google oficjalnie potwierdziło rollout (Search Engine Land). Tego samego dnia Derek Perkins z Nozzle pokazał dane z około czterech miesięcy testów: pokrycie bliskie 100% na kilku dostawcach IP rezydencjalnych (PPC Land).

Przez pewien czas istniała jednak furtka. Google potrzebuje prawdziwego URL-a, żeby wyrenderować stronę wyników — favicon, nazwę serwisu, blok atrybucji. Te wartości siedziały w skrypcie danych na końcu dokumentu i w wewnętrznym magazynie, z którego korzysta JavaScript SERP-a (Autom).

Dziś ta furtka została zamknięta. Z payloadu strony zniknęło mapowanie tokenów na rzeczywiste adresy. Zostaje wyłącznie display link — to, co widzi użytkownik pod tytułem wyniku: nazwa serwisu i uproszczona ścieżka w formacie okruszków, na mobile często sama domena.

Jak Google to tłumaczy

Oficjalne stanowisko jest krótkie i utrzymane w konwencji, którą znamy z poprzednich zmian. Rzecznik Google powiedział Search Engine Land, że firma ma długą historię wdrażania środków technicznych przeciwko ewoluującym formom nadużyć i regularnie podejmuje kroki chroniące swoje usługi i użytkowników (Search Engine Land).

To wszystko. W komunikacie nie pada słowo „goto". Nie ma wpisu na Search Central, nie ma dokumentacji parametru, nie ma informacji w Search Console, nie ma harmonogramu ani deklaracji, czy zmiana jest trwała. Nie wskazano też, o jakie konkretnie nadużycia chodzi.

Branża czyta to jednoznacznie — jako element szerszej strategii domykania SERP-a jako źródła danych i uderzenia w narzędzia analityczne.
W ciągu roku Google usunęło parametr &num=100, a teraz wprowadziło /goto. Każdy z tych kroków podnosi koszt pozyskania danych z wyników wyszukiwania i uzależnia ten proces od infrastruktury Google. Warto jednak uczciwie zaznaczyć: to interpretacja branży, nie deklaracja Google.

Dla przeciętnego użytkownika nie zmienia się praktycznie nic. Kliknięcie działa, przekierowanie dodaje ułamek sekundy, adres docelowy nadal jest widoczny jako tekst pod tytułem.

Dlaczego to bardzo poważny problem

Nie będziemy tego łagodzić. Dzisiejsza zmiana uderza w fundament monitoringu widoczności.

Zniknęło źródło prawdy o adresie. Pozycje, tytuły i snippety zostają — bo to tekst na stronie i właściwość kolejności. Znika adres, czyli jedyny element, który mówi, co konkretnie rankuje.


Koszt pomiaru rośnie skokowo. Według Nozzle rozwiązanie wszystkich linków dla jednego pięciostronicowego sprawdzenia rankingu wymaga od 500 do 1000 zapytań HTTP (PPC Land). 

Display link nie jest substytutem URL-a. To ciąg prezentacyjny: bez protokołu, ze ścieżką skróconą do okruszków, na mobile ograniczoną do samej domeny. Nie da się z niego odtworzyć pełnego adresu podstrony.

To samo dotyczy nie tylko narzędzi monitorujących. Ta zmiana uderza w pipeline'y RAG i agentów AI korzystających z wyników wyszukiwania, ekstrakcję cytowań i źródeł, analizę linkowania oraz każdą aplikację, która przechowuje lub porównuje adresy docelowe.

Co to oznacza dla Twoich raportów: monitorujemy dalej

I tu najważniejsza część. Mimo wszystkich powyższych utrudnień nasz monitoring działa i nie było przerwy w zbieraniu danych. Zespół techniczny obserwował rollout /goto od pierwszych sygnałów w czerwcu, przygotował warstwę rozwiązywania przekierowań jeszcze przed sierpniowym potwierdzeniem Google, a dzisiejsze usunięcie mapowania z payloadu obsłużyliśmy tego samego dnia.

Konkretnie:

  • Pozycje— zbierane nadal, bez przerw w raportach.
  • Identyfikacja serwisu — działa. Wiemy, że Twoja domena rankuje na dane zapytanie, na której jest pozycji.
  • Poziom podstron — tutaj Google realnie ograniczyło to, co da się odczytać z wyników. Pełny adres konkretnej podstrony nie jest już dostępny bezpośrednio na stronie wyników, więc na ten moment raportowanie schodzi do poziomu domeny głównej.
  • Mapy i AI Overviews — monitorowanie pozycji w tych dwóch elementach jest obecnie niemożliwe. To najdalej idąca konsekwencja dzisiejszej zmiany. W wynikach lokalnych i w AI Overviews Google nie zostawia nawet display linku w formie, którą dałoby się obecnie powiązać z konkretnym wynikiem, a linki pozostają owinięte w /goto bez czytelnej atrybucji. Przywrócenie tych danych jest dla nas w tej chwili priorytetem numer jeden — zespół techniczny pracuje nad rozwiązaniem w najwyższym priorytecie i na bieżąco obserwuje dalsze kroki po stronie Google.

Jednocześnie chcemy postawić sprawę uczciwie: to nie jest ograniczenie jednego narzędzia. Każdy dostawca danych SERP-owych — my, nasza konkurencja, systemy AI korzystające z wyników wyszukiwania — czyta tę samą stronę wyników i podlega tym samym regułom. Jeżeli Google przestaje udostępniać dane w warstwie, z której wszyscy je pobierali, to dotyczy to całej branży monitoringu naraz i nikt nie ma tu uprzywilejowanej ścieżki. Jesteśmy zależni od tego, co Google zdecyduje się zostawić w wynikach i żaden zespół techniczny tego nie obejdzie deklaracją. Może tylko szybko reagować — i to robimy.

To ograniczenie i nie będziemy udawać, że go nie ma. Ale różnica między „monitorujemy na poziomie domeny", a „nie monitorujemy" jest zasadnicza. Obserwujemy zmiany, które wprowadza Google, a zespół techniczny skupiony jest na poszukiwaniu rozwiązania obecnej sytuacji.